Gospodarskim sposobem, własnymi
Gospodarskim sposobem, własnymi rękami budują sobie dom... Własny dom dla bezdomnych! Niestety, nie staje się od tego lepiej. Czasy były ciężkie, nasilanie bezrobocia wciąż wzrastające. Na nic półśrodki. Trudno powiedzieć, jak się to zrobiło, jak się zaczęło, że młodzi budowniczowie w ten dom własnymi rękami budowany z radosnym śpiewem, w ten dom upragniony sami wnoszą niepokój i zamęt. Jak się to zaczęło? Może na Za-marstynowie, na Piekarskiej, na Dekerta znalazły się nagle ciotki i wujkowie, których nie było, gdy chłopaki tułali się bezdomnie, a którzy teraz doszli do przekonania, że nic po tym baraku, gdzie jest tylko „łobuzeria\" i gdzie chłopak niczego dobrego się nie nauczy. Może sami chłopcy przestali widzieć w tym swoją przyszłość, może wreszcie złe elementy wtargnęły od zewnątrz. . Ale nie, to nie tylko to. W samym baraku źle się dzieje. Janek, Józek, ci najlepsi, sami ze sobą nie mogą dać sobie rady. Zaczynają się kradzieże, oszustwa. Wszystko się rozprzęga, zaczynają się ucieczki. Konflikty, pretensje, pretensje... A wszystkie opierały się o Haliną Górską: pretensje podopiecznych do opiekunów, pretensje opiekunów do niej. Ba przecież i oni się zawiedli. Szukali samych siebie i szukali wodza. Siebie zagubili tym razem doszczętnie — i nie znaleźli wodza. Bo Halina Górska jest jak dziecko, jest właśnie jak ta Krysia z Drugiej Bramy: zdejmie z siebie ostatnią koszulę, ale nie wie, co robić, żeby każdy miał koszulę i żeby nikt nie potrzebował się poświęcać. Ona umie się tylko poświęcać, ale nie zna się na błędach ustroju. Jest człowiekiem serca i tylko serca. Stąd poczynania jej, wywodzące się z samej dobroci i współczucia, prowadzą do tragicznego końca. Nadchodzi przecież taki dzień, że chłopcy tymi samymi rękami, którymi budowali dom, podkładają ogień. Barak plonie! Okazało się, że samą dobrocią, miłością i współczuciem nie-można dać sobie rady na tym najzawiłszym ze światów. Okazało się, że wszystko to nie miało trwałszych podstaw, że było tylko filantropią. Porażka jest wielka. Halina Górska przeżywa ją tragicznie, po prostu przechorowuje. Musi się leczyć. Wyjeżdża za granicę do matki. Znów wraca. Na szczęście ma swój talent pisarski. Może pisać. Ma też olbrzymie możliwości rozwojowe. A chociaż znajdą się może więksi od niej artyści słowa, to nie wiem, czy od czasu Żeromskiego znajdzie się taki, który by z większą siłą współczucia, z większą namiętnością i rozpaczą wołał o krzywdzie, budził łudzkie sumienie. Pamiętam. Halina Górska, ilekroć była w Warszawie, odwiedzała nas w domu na Grochowie. Pamiętam doskonale, jak to było. W dużym pokoju na górce nie mieliśmy ani jednego naprawdę ładnego mebla, ale za to mieliśmy fikusy wielkie jak jabłonie, po prostu jak drzewa w ogrodzie. W ich cieniu na niskim fotelu siedziała Halina Górska. Rękami oplatała kolana. Patrzyła wielkimi, czarnymi oczami. Była blada, mówiła niewiele. Czułam, że jest coś złego, nie śmiałam pytać. — Barak płonie — tytułem swej opracowywanej podówczas książki niegłośno odpowiedziała,na nie postawione przeze mnie pytanie. W miarę wygasania nieudanej „Akcji\", powołi, stopniowo dom Górskich przy ulicy Jakuba Strzemię nr 8 nabiera in mego wyglądu. Stopniowo przestaje być składnicą paczek oraz punktem zbornym społeczników, podopiecznych, opiekunów, gazeciarzy. Na ich miejsce stopniowo napływają nowi ludzie, ludzie pióra. Halina Górska utrzymuje z nimi kontakt. Halina Górska pisze. Wzbogacona tragicznymi przeżyciami wchodzi teraz w okres głębokiej dojrzałości społecznej, w okres dosytu wiedzą o świecie. Nie znaczy to wcale, aby jej wrażliwość na ludzką krzywdę zmalała choć o włos. Nie. Halina Górska jest zawsze ta sama, zawsze gotowa biec na pomoc.
Poprzedni - I będzie. GdybyNastępny - W jej Dokumentach